Zwykle, gdy zderzają się ze sobą dwa światy, kończy się to wszystko spektakularną katastrofą. Piękną, widowiskową, jednak nadal katastrofą. Jeśli jednak wrzucimy na jeden tor uniwersum z hip-hopem oraz drugie z jazzem, wychodzi nowy gatunek piękna. Alkopoligamia postanowiła podjąć się tego wyzwania zapraszając takich gigantów polskiej sceny jak Ewa Bem, Zbigniew Wodecki, czy Andrzej Dąbrowski. Zaśpiewali oni teksty hip-hopowe takich artystów jak Pezet, Łona czy Tede. Sprawdźcie, jak to wyszło.

Nie należę do osób, które uważają, że jazzu nie powinno się mieszać z rapem. Dowodem na to jest moja ogromna miłość do „Jazz, dwa, trzy” O.S.T.R’ego. Już dawno uważałem, że oba te gatunki są bardzo do siebie podobne, z taką różnicą, że trudno znaleźć kogoś, kto nie lubi jazzu. Wszyscy go słuchają, nawet, gdy o tym nie wiedzą. Dlatego zaprezentowanie polskich klasyków raperskiej sceny w aranżacji bardziej przypadającej do gustu gawiedzi jest, według mnie, wspaniałą okazją do otworzenia oczu wielu, dla których rap to ciągle osiedla, śmietniki i „hej suczki”. To po pierwsze.Po drugie, pomijając już kwestie ideologiczne i misje szerzenia tejże kultury, samo wykonanie. Doskonale zdaję sobie sprawę, iż słowo to występuje w języku polskim pod innym znaczeniem, jednak najbardziej oddaje cały klimat na owej płycie. Mianowicie płynąca epickość i niesamowitość współbrzmienia. Jeszcze nigdy słowo „melanż” nie brzmiało tak pięknie i dźwięcznie, a wypowiedziane zostało przez Andrzeja Dąbrowskiego. Sprawdziłem na osobach postronnych, którzy nie mieli styczności z tekstami raperów i puściłem im parę utworów, nie mówiąc nic, tylko czekając na opinie. W ramach odpowiedzi usłyszałem, że to świetne teksty i aranżacje, które stoją na wysokim poziomie. To chyba coś znaczy.

Jest to wydarzenie dość bezprecedensowe stawiające kulturę rapu w zupełnie innym świetle. Teksty, pomimo usunięcia ich sporej części, zachowały swój przekaz i ogólny klimat, a muzyka to jazz na wysokim poziomie. Wszelkie aranżacje na płycie to istna perfekcja swingu, którego fanów przybyło po sukcesie kinowego Whiplasha. Nawet ostatni utwór, będący przemodelowaniem „Nie ufajcie Jarząbkowi” Łony, który jako jedyny został wykonany w aranżacji rockowej, nie pozostaje w tyle. Z mojej strony mogę dodać jeszcze tylko, że trochę tego mało. Jedyne osiem utworów, które jednak skonfrontowane z myślą ogromu pracy nad każdym, stają się wystarczające.

Precedens. Jest to odpowiednie stwierdzenie. Jako fan obu tych gatunków zostałem połechtany z każdej strony. Świetnie dobrane aranżacje, wspaniali wokaliści i bardzo dobrze wyselekcjonowany materiał tekstowy – te właśnie czynniki sprawiają, że album ten jest wyznacznikiem dla swojej nazwy. Zawsze można coś dodać w sztuce, ciągle coś może nas zaskoczyć. I można spróbować. Albo inaczej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here