Artur Rojek

Nad Rojkiem od zawsze wisiało widmo „tego od Myslovitz”. Oczywiste więc było, że kiedyś skończy z nimi grać, a zacznie solową karierę lub będzie Was śledził na swoim OFF-ie. I tak też się stało. Po, dość słabym, „Nieważne jak wysoko jesteśmy” odszedł od Myslovitz. W tym czasie z nowym wokalistą wydali o niebo lepszą płytę, a on wciąż czekał. Wystarczy.

Czekałem na ten album. Już od dawna chciałem, aby Artur nagrał coś swojego, choć niekoniecznie musiał odchodzić od zespołu. Jednak zrobił to i jak najbardziej go rozumiem. Ciężko jest mi jednak nie oceniać jego obecnej twórczość nie przez pryzmat Myslovitz. Zostawił tam spory dorobek oraz ukształtował się jako artysta, dlatego nie będę się z tym krył.

„Składam się z ciągłych powtórzeń” jest bowiem Rojkiem, którego chcielibyśmy usłyszeć w Myslovitz (obiecuje, że ostatni raz o tym zespole wspominam), choć nie bez wprowadzonych innowacji. Być może Artur mógł sobie pozwolić na większą zabawę formą, gdyż wiele typów dźwięków przeplata się ze sobą bardzo płynnie i jest to szalenie pozytywne uczucie. Największym zaskoczeniem jest dla mnie „Krótkie momenty skupienia” podczas której przejdziemy przez wszystkie możliwe typy muzyki i nie zacznie nam się robić niedobrze. Jestem pod ogromnym wrażeniem wyważenia każdego stylu, nawet w jednej piosence.

I to jest najbardziej charakterystyczne dla tej płyty. Łączenie dźwięków w przeróżny sposób, czy to w jednej linii czy też następujących po sobie. Co najważniejsze – nie gubimy się w tym. Jest płynnie, harmonijnie, bez zgrzytów. Ale nie wszędzie. Gdzieniegdzie wyraźnie przesadził, traciłem rytm, a „Kokon” brzmi jak zerżnięty z Radiohead. Kilka utworów nie pasuje do całości i wszechstronności, przez co trochę psuje widok ogólny.

Nie wiem co mogę napisać o samym Rojku. Cóż, jest chyba w życiowej formie. W każdym utworze zaskakuje słowem, konwencją czy sposobem przedstawienia. Idealnie łączy i wpasowuje się w muzykę. Jeśli dalibyście kogoś innego, aby zaśpiewał te same słowa do tej samej muzyki, nic by z tego nie wyszło. Wszystkie utwory zostały idealnie skomponowane dla Artura. Tekstowo jest tak, jak było w Myslovitz (a jednak wspomniałem), a nawet lepiej. Jest to płyta o samym artyście. O jego problemach czy miłości. Znajdziemy wyszukane frazy, ale również bilansujące to zwykłe, ale nie pozbawione magii, zwrotki.

Czy tego chcemy czy nie, to jest teraz idealny czas, aby zdjąć z Rojka plakietkę zespołu na M. Teraz jest sam sobie okrętem. Oczywiście, widać wpływy z poprzednich lat w stylu, ale to zawsze był jego styl. Jedno co mogę powiedzieć – fani nie mogą być zawiedzeni. Rojek jest w formie jak nigdy. Przestańcie płakać, że odszedł. Teraz macie dowód, że było warto.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here