Labirynt Babel

Uważany za jeden z najlepszych rap bandów, wywyższany na piedestale, najlepszy. Przeszukując internet i myśli wielu ich wielbicieli znajdziemy takie właśnie zręczne przymiotniki. Przyznaję, że i ja zaliczam się do wyżej wymienionych.

Oczekiwania były ogromne. Tak wielkie, jak miała być wieża Babel. W tym momencie ukażę, niestety, zręczność tego tytułu – Labirynt Babel również nie jest tak wielki, jak wszyscy się spodziewali. Ktoś inaczej postawił cegiełkę.

Ciężko, abym kiedykolwiek przyznał, że jestem czyimś/czegoś fanem. Nie wystarczy mi, że ktoś we mnie wierzy, lecz musi na to miano bardzo długo pracować. Biszowi się udało. Od początku swojej kariery, czyli od ukochanej Zimy Ep, przezWerterowskie czasy, czy cudnego Chodnikowego Wilka, przyjmowałem wszystko bez zastrzeżeń. Również pierwszy legal B.O.K – był niesamowicie ekspresywny, pełny, przepełniony pomysłami. Nie dziwcie się więc, że moje oczekiwania wobec Labiryntu Babel były wielkie jak misja Rosetta. Do tego dorzućmy sam temat płyty, czyli wyraźne nawiązania do Biblii oraz mitologii, którą uwielbiam i mamy hype nieziemski. Wszedłem w ten labirynt. I gdy już myślałem, że znalazłem wyjście, uderzyłem w niewidzialną ścianę.

Jednak nie popełniajmy kardynalnego błędu – B.O.K to nie tylko Bisz. To ośmiu wspaniałych muzyków, którzy razem tworzą rap, którego nie tworzy nikt – dlatego bez sensu jest porównywanie Labiryntu do solowych produkcji Bisza. Jednak, paradoksalnie, nie ma ma sensu porównywać nowego dzieła artystów z Bydgoszczy do czegokolwiek, co do tej pory stworzyli. Babel W stronę zmiany to dwa osobne byty. Omawiany album to ciężka lirycznie, bardzo spójna, przemyślana „koncertówka”. Jeśli chcesz, możesz dać za to minus, jednak nie sądzę, aby owa formuła przeszkadzała fanom. Sam Bisz zawsze rapuje teksty trudniejsze, więc w tej kwestii zaskoczenia nie ma.

Za to słychać zmianę w brzmieniu. Ponownie jest tu specyficzne wykorzystanie gitary, basu i perkusji, jednak brak tu wyższych i niższych partii. Wszystko jest za bardzo płaskie, bez wyrazu. Oczywiście, są wyjątki, jak szalenie mocne Jurodiwy, które pewnie niesamowicie brzmi na żywo. Jednak brak wymieniania się rolą prowadzenia Bisza wraz z zespołem. Oni są razem, idą obok siebie, czasem pobiegną kawałek, jednak nikt nigdy nikogo nie wyprzedzi, przez co słucha się tego z trochę mniejszymi emocjami.

Wspomniałem, że lirycznie jest ciężko, ale powiedzieć, że utwory, w których występuje Bisz są trudne, jest jak powiedzenie, że koło ma 360 stopni – każdy użytkownik gimnazjum to wie. Lecz tak jak w W stronę zmiany powiązanie pomiędzy kawałkami było często różne, tak tutaj mamy wielką spójność, co może się podobać i akurat mnie zawsze takie zabiegi trafiają w gust. A jak z jakością? No cóż – czego oczekujecie od psychofana? Ja tam ją kocham.

Teraz stoję gdzieś pośrodku tego labiryntu i nie wiem co powiedzieć. Z jednej strony podoba mi się bardzo – jest to bardzo dobrze skrojony i przemyślany materiał, wiele instrumentali wrzuciłbym sobie do mp3, jak choćby Babel czy Prometusza – choć bez tego sampla Ewy Bem. Co oni sobie myśleli? Z drugiej nigdzie nie słyszę wybicia, nic nie masakrują. Ta wieża kończy się gdzieś w połowie i nie robi takiego wrażenia. Jest to płyta dobra, poprawna, trafiająca w gusta. Może się spodobać. Jednak spodziewałem się drugiego Burj Khalifa, a dostałem Wieżę Eiffla. Jest ładnie, ale można wyżej pchać ten syf.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here