banks

Debiutancki krążek Banks dopiero ujrzał światło dzienne, a mimo to o młodej wokalistce słyszał już chyba każdy. Od ponad roku bombarduje nas regularnie świetnymi piosenkami z udziałem producentów najwyższej klasy. SOHN, Shlohmo, Jamie Woon, Lil Silva i wielu, wielu innych. I choć nie jest to muzyka tworzona w popularnym nurcie, to za sprawą pięknej i utalentowanej wokalistki udało jej się przebić do szerszego grona słuchaczy. Czego Banks nie dotknęła, zaraz stawało się hitem. Po wydaniu dwóch dobrze przyjętych EP-ek i kilku singli na półki w końcu trafiło „Goddess”.

Po tak długim czasie ciągłej obecności artystki w głośnikach płyta nie okazała się żadnym zaskoczeniem. Ale czego można było się spodziewać, gdy ponad połowa kawałków to utwory już wcześniej opublikowane? „Goddess” to raczej kompilacja dwóch poprzednich krążków z kilkoma nowymi utworami. I te nowe kompozycje w większości przypadków niestety nie są tak dobre, jak te które już mieliśmy przyjemność usłyszeć. Wyjątkiem są jedynie utwory „Alibi” i „Goddess”. Te są dobrze wyprodukowane i godnie pełnią rolę intro do historii opowiadanej na płycie. Plusy się tu jednak kończą. „Stick”, „Under The Table” czy „Someone New” to ładne i emocjonalne ballady, które nie mają jednak w sobie nic nadzwyczajnego i spokojnie mogłyby znaleźć się w repertuarze każdej, nawet przeciętnej popowej piosenkarki. Dodatkowo minimalizm wykorzystanych dźwięków w wielu momentach uwidacznia niedoskonałości w głosie Banks. Nie da się więc nie odnieść wrażenia, że utwory te są jedynie wypełniaczami albumu.

Gdybyśmy dostali tę płytę, mając zaledwie dwa single, z pewnością nikt nie skupiałby się na pojedynczych słabych momentach, bo dostalibyśmy potężną dawkę nowych muzycznych perełek. A tak, spragnieni nowych doznań otrzymujemy jedynie rozczarowanie i wrażenie, że wszystko co artystka miała najlepszego, ujawniła już wcześniej w postaci singli. Jednak patrząc na płytę jako całość, jest to zdecydowanie krążek dobry i warty niejednokrotnego przesłuchania. Mamy tu przecież przebojowe „Beggin For Thread”, zmysłowe „This Is What It Feels Like” i przejmujące „Waiting Game”. Tekstowo też jest raczej dobrze i mimo, że wszystko kręci się wokół tematu miłości i złamanego serca, to nie ma tu miejsca na banał (no, może poza wspomnianymi balladami), a Banks zdecydowanie ma talent do tworzenia melancholijnych i lekko mrocznych piosenek.

Pojawienie się Banks pokazało, że można eksperymentować na gruncie wielu gatunków muzycznych, współpracować z niezależnymi producentami i osiągnąć wielki sukces. Ta uwodzicielska wokalistka z pewnością nie zniknie po debiucie, a myślę, że i nie raz jeszcze nas pozytywnie zaskoczy. Ciekawe kogo tym razem zaprosi do współpracy?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here