Waglewscy to moi bogowie. Każdy album, czy to jako Tworzywo, czy Emade z O.S.T.R, czy z ojcem – wszystkie są bardzo wysoko w moim rankingu polskich płyt. Nic dziwnego, że czekałem na nowy krążek jak na maleńkie dziecko. Oczekiwania wywaliły mi sufit. Dostałem olbrzymiego podniecenia, aż w końcu jest. I nawet nie wiecie jak biłem się z myślami przez cały tydzień. Jak zmieniałem zdanie, jak krzyczałem na siebie, jak wyzywałem. Sinusoida uczuć. 

Ten przydługi wstęp ma na celu okazanie wewnętrznego konfliktu autora. Przedstawia swoje rozterki, które napotkał podczas przesłuchania najnowszego albumu Fisza i Emade. Bowiem pierwsze odsłuchanie było niczym smakowanie bardzo kwaśnych żelek. Wykrzywiło mi twarz rozrzucając po całym ciele przeróżne konwulsje. Zapytałem: pomyliłem płytę! To jest jakiś klubowy set Emade’a. To nie jest nic, co przypomina choćby Zwierzę bez nogi! – Krzyczałem. – Gdzie jest mój stary Fisz i Emade?! Aż w końcu zdałem sobie sprawę – to ci sami, świetni muzycy, którzy ciągle się rozwijają i chcą zawsze nas zaskakiwać. Cóż, udało im się.

Choć cały czas tęsknię za Heavi Metal i stylem, który panował na tej płycie, nie mogę nie przyznać, że Mamut to szalenie przemyślana i skończona kompozycja. Od początku do końca – zaczynając od pierwszego kawałka z moją dziewczyną Justyną Święs (nie, ona jeszcze o tym nie wie, kiedyś jej powiem), czyli singlowy Pył. Jest to niesamowicie elektroniczny i taneczny utwór, który zaskakuje i spodoba się sporej części widowni.

Jednak już następny na liście Bieg przywraca wszystko do znanego nam porządku. Fisz pluje do mikrofonu, Emade znowu ujawnia swój geniusz, a Eprom przy wszystkim wtóruje. Bezapelacyjnie mój ulubiony kawałek na płycie – Fisz i Emade w formie w jakiej lubię najbardziej. Przy wspomnieniu o starej formule muszę od razu wspomnieć o kolejnym feacie z Epromem, czyli Dzień Dobry, który do złudzenia przypomina mi Myśliwy ze Zwierzę bez nogi. Niech ktoś mnie poprawi, jeśli to bezpodstawne skojarzenia. Nie zmienia to faktu, że pozytywnie buja i niesamowicie, szczególnie lirycznie, wprowadza w bardzo dobry nastrój.

Następny w kolejce Zwiedzam świat to typowa Fiszowo-Emadowa bomba, która eksploduje w naszych uszach, wywołując wrażenie doskonałości muzycznej. Niesamowicie piękny bit, z którym Fisz robi co chce. Skocze, biega, wchodzi, uspokaja. Wszystko. Drugi najlepszy kawałek. Chwilę jednak potem trochę się zatrzymujemy wraz z Katarzyną Nosowską. Cóż mogę powiedzieć – jest to duet idealny. Emade dał im podkład, na którym ukazali piękno. Przejście przed ostatnim refrenem sprawia, iż przechodzą mnie ciarki. Perfekcja. Kocham te skrzypce. Dalej nie jest już tak genialnie, jednak ciągle bardzo dobrze i myślę, że każdy wielbiciel i fan znajdzie w następnych utworach coś dla siebie.

Fisz Emade Tworzywo, wyrzucając słowo „sztuczne” zyskało coś więcej, niż lekką zmianę wizerunku. Jest to symbolika ciągle kształtujących się muzyków, którzy nie boją się eksperymentować, którzy nie chcą być bucowaci i – właśnie – sztuczni. Bałem się ogromnie, że się zawiodę. Jednak, głupi byłem. Jak mogłem sądzić, że mnie zawiodą. Dalej moja miłość do wszystkich Waglewskich jest wielka i jeśli, jakimś cudem Piotr to czyta; chciałem coś powiedzieć – czekam na nowe POE! Cały czas.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here