jack white

Jack White to człowiek, który robi mnóstwo rzeczy i każda udaje mu się bardzo dobrze. Czy grając z żoną, gdzie nawet czasami wyglądał lepiej niż ona, czy to z moją przyszłą żoną (choć w obecnych włosach nie wiem) Alison Mosshart w The Dead Weather, czy jeż jeden wie gdzie jeszcze. Wydaje drugi solowy album, który różni się o wiele bardziej od wszystkiego, co do tej pory nagrał. I zaskakuje, przez co czuję sporą ambiwalentność.

Wszyscy wspominają o wspaniałym Lazaretto, który został wydany w zaledwie kilka godzin od nagrania, pobijając przy tym rekord świata. Jack wszedł do studnia, nagrał co miał nagrać i wyszedł. To jednak nie robi na mnie wrażenia. Chciałem album, który w jakiś sposób będzie kontynuował to, co robił w The White Stripes lub na Blunderbuss – brudne, okazujące geniusz Jacka w pełnej okazałości utwory. Trochę się na tym przejechałem.

Jeśli spodziewaliście się jak ja – wspaniałych w swojej prostocie riffów, perkusji, która mimowolnie zmuszała was do machania rękoma, to przepraszam, ale możecie wyjść. Nowe dziecko Jacka to inspiracja folkiem czy country, co przejawia się tym, iż jego materiał jest właśnie taki, jak właśnie country – podobny do siebie i z lekka monotonny. Dorzuca trochę wyjących kobiet, ładne chórki i chce nam wmówić, że to jest blues przyszłości. W takim razie ja nie chcę takiego bluesa.Lazaretto nie jest płytą, którą możemy porównać do jakiejkolwiek wcześniejszej wydanej przez Jacka. To nie jest dorobek TWS, to nie jest nic, co zapożyczył z The Dead Weather. Jak sam mówi w wywiadach, są to jego stare piosenki, które napisał kilka lat temu. Większość wyrzucił, jednak niektóre zaadaptował i tak powstało Lazaretto. Cóż mogę powiedzieć? Jack White kilkanaście lat temu nie był takim geniuszem, którego pokochałem.

Być może jest to zbyt surowy osąd, jednak spowodowany jest on tym, iż Jack mnie do pewnych rzeczy przyzwyczaił. Gdy słyszę w jego wykonaniu country czy hawajską gitarę, to po prostu wydaje mi się to śmieszne. Nie jest tak, że wszystkie te utwory są beznadzieje. To dalej jest White, którego znamy – pełen profesjonalizmu, dbałości o każdy dźwięk, użył nawet w końcu komputera do nagrywania. Tylko styl, w którym prezentuje się na drugiej solowej płycie jedynie czasem mnie zaspokaja. Takim powrotem, który chciałbym słyszeć przez cały album jest tytułowe Lazaretto oraz That Black Bat Licorice. Poza tym czuje się znudzony.

Czytając opinię innych na temat tego albumu czuję się w sporej opozycji. Wszystkim przypadł do gustu nowy Jack. Ja stoję rozdarty, bo z jednej strony nie chcę takiego grania w jego wykonaniu, a z drugiej jest to coś, co przecież sam chce grać i mu to wychodzi. Niemniej poczekam na nowe The Dead Weather, które ponoć gdzieś w zaciszu garaży tworzy się powoli. Oby mnie nie zawiodło.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here