Lana Del Rey

Tak naprawdę Lana już nic nie musi. Była wszędzie, gdzie warto być. Vogue, reklama H&M i Jaguara, MTV, a także ściana dziewczyny Romana Polańskiego. Wszystko to w przeciągu kilku lat przy wydaniu zaledwie dwóch płyt. Zero presji. Krytycy i tak zawsze byli wobec niej sceptyczni – w przeciwieństwie do słuchaczy, których liczba wzrasta wraz z każdym kolejnym albumem.

Można by poświęcić osobny cykl i książkę badawczą, o tym, dlaczego Lanie udało się tak szybko i łatwo zdobyć serca milionów. Odpowiedź jest jednak dosyć prosta – pojawiła w odpowiednim czasie i miejscu (w słuchawkach pracownika Apple, który umieścił ją w polecanych na iTunes). Zapełniła sobą lukę jakże żądnych alternatywy i klimatów noir ludzi. I właściwie zrobiła to raz i robi to dalej.

Honeymoon jest jak Lana. Ładna, wypudrowana i pozornie lekka (choć tego ostatniego nie jestem do końca pewien). Czyli taka, jaka starała się być przez ostatnie lata. Dlatego też nikt, kto nie przepadał za nią kilka lat temu, nie polubi jej teraz. To ciągle ten sam szalenie alternatywny dreampopowy klimat, który w tym przypadku przelewa się w absolutnie gigantycznych jednostkach. To chyba najbardziej nostalgiczna, jazzowa i salonowa płyta ze wszystkich trzech. I też jedyna, która potrafiła mnie zachęcić na dłużej.

Przez cały czas wydawała mi się zbyt pretensjonalna, wyjęta z innej epoki czy nawet uniwersum. Honeymoon jakby przybliża nam wszystkie klimaty noir poprzez „ufilmowienie” wszystkich tworów na płycie. Nie jest już to serial ciągłych powtórek, a pełnometrażowy film pełen subtelnych, ale intrygujących zwrotów akcji. Na pewno jednym z nich jest Music To Watch Boys To, który urzekł mnie swoim jakże symfonicznym i pięknym refrenem.

Właściwie wszystkie utwory stały się bardziej współczesne i przystępne, przez co nie tylko fani tego typu klimatu są w stanie słuchać Lany bez płaczu. Właściwie chciałbym, aby grała ona więcej w stylu wspomnianego utworu lub High By The Beach inagle zaczerpnęła trochę od Kendricka, a następnie zaciągnęła w swoim stylu „Bitch, Don’t Kill My Vibe”. Jarałbym się takim tworem niesamowicie.

Cały czas czułem się dopieszczony. Swoim głosem, jakże czystym, charakterystycznym i zuchwałym, Lana na swoich nieco oczywistych tekstach o miłości i chłopakach, płynęła zawsze niesamowicie przed dźwiękiem. To trzeba lubić – inaczej całość zmęczy nas po prostu dość szybko.

To krok naprzód. Może niewielki, może nieśmiały, jednak Lana ciągle się rozwija i szuka tego końcowego kształtu. Tym razem trochę jej brakuje – dla mnie sporą barierą była zbyt minimalistyczna muzyka, która opierając się jedynie na monotonnym basie i okazyjną, okrojoną perkusją nie zawsze skutkowały wielkim entuzjazmem. W szczególności, że słyszeliśmy ją w nieco bogatszym repertuarze dźwiękowym. Niemniej jest to pierwsza płyta Elizabeth do której czasem wrócę. A dla kogoś takiego jak ja – nie lubującego się w damskich wokalach – znaczy to bardzo dużo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here