Grupa dowodzona przez Spiętego jest swoistym paradoksem na naszej scenie. Każdy album formacji jest utrzymany w totalnie innym klimacie, a jednocześnie piosenki mają charakterystyczny sznyt i już od pierwszych dźwięków Dżina możemy rozpoznać z jakim bandem mamy do czynienia. Do tego udało im się przebić do rodzimego mainstreamu grając muzykę na moje ucho mało komercyjną. Choć może ujmę to inaczej: Lao Che nie jest w jego centrum, raczej pływa na obrzeżach, ale i tak jest wymieniane jako jeden z najważniejszych zespołów na naszej scenie. Czyli sukces komercyjny osiągnięty został bez łagodzenia przekazu i „upopowiania”, a za czysto artystyczne pobudki.

Nowy krążek jest bezczelnie przebojowy i opisałbym go oględnie jako zderzenie „Gospel” i „Soundtracku”. Panowie nie uciekają od chłodnej elektroniki charakteryzującej poprzedni album, który był w dużej mierze bardzo udanym eksperymentem i graja przy tym znacznie energiczniej i hmm… radośniej? Nie znaczy to bynajmniej, że pan Dobaczewski przestał dotykać tematów poważnych, bo wbrew tytułowi jest to płyta dla dojrzałego słuchacza. Nie wiem jak im się to udaje, ale wciąż jest w nich ta „boża iskra”, dzięki której nie można mówić o kryzysie czy zmęczeniu materiału. Rytmy są tu czasem taneczne, czasem orientalne (otwierający stawkę Dżin delikatnie rzecz ujmując wokalnie przyprawia o ciary, Z kamerą wśród zwierząt buszujących w sieci), czasem bardziej melancholijne i choć w takich proporcjach serwowali nam poprzednie albumy, to ten wyróżnia się dęciakowym szaleństwem, i perkusyjnymi zawieruchami i aż ciśnie mi się określenie, że jest „pełnokrwisty”. Może to przez bijącą po oczach czerwoną okładkę? O symbolicznych okładkach, ich kolorystyce i zmieniającym się logo przy każdej płycie można by napisać osobną rozprawkę.

Jak zwykle pochwały powędrować muszą pod adresem warstwy tekstowej albumu. Spięty wciąż znakomicie żongluje słowem, tu i ówdzie upchnie jakieś znane przysłowie, metaforę lub parafrazę i ubierze to wszystko w tylko sobie znany klucz. Niby to wszystko takie enigmatyczne i nieoczywiste, ale po wielokrotnym przesłuchaniu można rozbroić na przykład Tu, które porównuje nasz łez padół do czyśćca. Zresztą pole do interpretacji jest jak zwykle bardzo szerokie, konfrontacja z samym sobą, Bogiem i sensem ludzkiej egzystencji powraca w twórczości tej ekipy jak bumerang.

Jeśli ktoś skreślił grupę po zimnofalowym „Prądzie stałym/ Prądzie zmienny” bo był za mało rockowy to polecam sięgnąć po „Dzieciom”, bo to kawał znakomitej, pulsującej muzyki i niebanalnego przekazu. Brawo panowie, wiedzcie już teraz, że na pewno nie zabraknie Was w podsumowaniach 2015 roku. No przynajmniej w moim!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here