Za każdym razem, gdy słucham nowej płyty rapera, którego lubię, do którego mam jakiś większy sentyment, staję się na chwilę człowiekiem bez rozumu. Wyłączam się, uciekam myślami, przez co pozwalam muzyce przemówić bez uprzedzeń. Nie udało mi się to jednak z Miuoshem. Czekałem, słuchałem wszystkiego, czytałem wywiady. Chciałem, aby przyszedł, rozwalił całą scenę i podziękował. Nadszedł czas, aby skonfrontować zdanie, które wypowiedział w jednym z wywiadów: „Ta płyta rozpierdoli wam głowy, albo mi karierę”

Cóż mogę powiedzieć – czuję się co najmniej skonfundowany. Już dawno nie miałem takiego problemu z jakąkolwiek recenzją. Miuosh postawił mnie przed dylematem ogromniej wagi: po jakiej stronie jego twórczości jestem. Wyraźnie bowiem widać, że nasz pan z Katowic rozwinął się bardzo, zmieniał styl, ewoluował. Dlatego porównywać nowego albumu z np. Piątą stroną świata jest strasznie trudno, dlatego ja nie będę tego robił. Spójrzmy jak na czystą kartkę.

Nie szukajcie zatem tutaj „starego” Miuosha. To głupie i bez sensu. Nie będzie robił muzykę pod publikę, nie będzie robił wszystkiego, co chcą od niego inni. To cechuje dobrego artystę. Robi to, co gra w nim. Miłoszowi obecnie prawdopodobnie trochę szumi w głowie, bowiem pierwszym minusem, który nie tylko ja widzę, jest jego dykcja. Nie jestem pewien czym jest to spowodowane – specyfiką bitów czy dostaniem w zęby na Katowickich ulicach, lecz na wielu utworach brzmi niewyraźnie. Trochę sepleni, nie kończy słów. Coś dziwnego się stało, a przecież Miłosz zawsze brzmiał niesamowicie poprawnie – co tym bardziej dziwi.

Zauważyłem też ponownie przypadłość, którą nazwałem „Syndromem Bałuckim” – czyli tak jak O.S.T.R rapuje ciągle o Łodzi i Bałutach, Kuba Knap o melanżach, tak Miuosh o Katowicach i Śląsku. Może nie jest to aż tak częste i uciążliwe, jednak zauważalne.

Oskarżano również go o monotonnie w tekstach. Być może trochę jest w tym prawdy, jednak nie byłbym tak radykalny w tych słowach. Jest mnóstwo raperów, którzy wałkują te same tematy o wiele bardziej i nikt im tego nie wypomina. Na PzK bywa różnie. Bywają wzloty i upadki. Jednym razem zostajemy uderzeni cudownym wersem („Wejdę z tobą nawet w największą ciemność, a reszta, ich piekło niech idzie za nami”), aby potem dostać na uszy dość śmieszny zbitek wyrazów, jednak ogólnie – to nadal Miuosh, który wie, co chce wam powiedzieć i nie leje bezsensownych rymów, które mają tylko dobrze brzmieć i nieść się z muzyką. Czasem nawet zauważyłem, że autor wolał przekazać coś słowem, niż lepiej przypasować się brzmieniem, lecz to tylko moje odczucie.

Pod jednym z nowych utworów przeczytałem pewien komentarz, mówiący, że obecne bity Pana z Katowic są teraz dość mocno „Onarowe” i chyba się z tym zgodzę. Dalej będę klnął i krzyczał, że Miuoshowi bity powinien dalej robić Pawbeats, ale ja jestem fanbojem. Niemniej przydałoby się, aby zapodać czasem coś bardziej klasycznie. Użyte sample są naprawdę dobre i ciekawie skrojone. Większość nut miażdży swoim wyczuciem i tempem, Miu jedzie po nich równo i lekko, gdzie sztandarowym przykładem jest Absynt, w którym raz słowa, a raz muzyka wychodzi na pierwszy plan idealnie ze sobą brzmiąc.

Dotarłem do końca, choć pozostawiając wiele kwestii nierozwiązanych. Jednak nie dam rady tego zrobić. Nie byłem nawet pewny czy dam radę aż tyle napisać. Moje myśli na tamat Pana z Katowic nigdy nie zostaną poprawie sformułowane. Jest to bowiem album, który rozwalił mój mózg. Jestem rozszarpany pomiędzy podziwem, a smutkiem dotyczącym niedociągnięciem pewnych spraw. To była trudna recenzja. Brawo, Miuosh, rozwaliłeś mi głowę tak jak obiecałeś.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here