Patrcik the Pan

Kariera Piotra Madeja przez najbliższe miesiące nie będzie stać w miejscu. Właśnie ukazał się drugi album jego solowego projektu Patrick The Pan ukazujący się dla oficyny Kayax. „…niczym jak liśćmi” to album, który ukazuje się na przekór w miesiącu, w którym momentami mamy już bardzo ciepłe lato, znacznie bardziej pasowałaby do jego premiery pora jesienno-zimowa. Ale dzięki temu będziemy mogli się pokusić o refleksję nad naszym żywotem, kiedy wszyscy inni beztrosko piją sobie piwko i imprezują gdzie oczy poniosą. Bo muzyka Patricka to bardzo melancholijne granie, które kłania się w pas post rockowi, minimalistycznej elektronice, ale też o dziwo w takim #idiots słyszę naleciałości Porcupine Tree, szczególnie z okresu „Fear of The Blank Planet”. Jak wiecie, w ostatnim czasie przyszło mi zmierzyć się z ociężałym, momentami dość mocno zgrzytliwym nowym krążkiem grupy Trupa Trupa, natomiast kiedy słucham Patricka, czuję się jakbym swobodnie dryfował na chmurce niczym Muminki pod koniec każdego odcinka.

Rzecz jasna, podczas każdej podróży zdarzy się jakiś zgrzyt. Tutaj pojawia się jeden, ale za to bardzo konkretny. Mianowicie PTP część kawałków nagrał po angielsku, a część po polsku, co jak dla mnie rozbija dramaturgię krążka. Lubię kiedy artysta konkretnie stawia na to, czy chce dotrzeć do naszego podwórka, czy do całego świata. A biorąc pod uwagę, że teksty polskojęzyczne Piotrek tworzy bardzo zgrabne, to chciałoby się ich więcej. Szczególnie chwytająca za serce jest warstwa liryczna utworu Lewiwa, który już za pierwszym razem zapadł mi w pamięć. Z drugiej strony reprezentantem płyty jest mocno post rockowy, wybuchowy Dare i znakomite tekstowo Niedopowieści z gościnnym udziałem Dawida Podsiadło. Ach, byłbym zapomniał, momentami Piotrek zbliża się do tej ciepłej „rojkowej” maniery, także fani Myslovitz z nim na pokładzie, powinni być usatysfakcjonowani.

„…niczym jak liśćmi” jest jak już wspomniałem, mocno rozstrzelonym stylistycznie krążkiem i przez to mocno niespójnym. Ale idzie to wybaczyć artyście właściwie solowemu, niby dlaczego nie miałby umieścić na swoim wydawnictwie dźwięków, które spontanicznie skomponuje sobie gdzieś tam w zaciszu domowym. Odkrywanie kolejnych inspiracji Piotrka, a raczej obstawianie ich, bo przecież nie można być pewnym jakiej muzyki słucha na co dzień, to całkiem przyjemna zabawa, szczególnie, że jego twórczość jest mocno odprężająca mimo swojej refleksyjności. Słuchanie takich intymnych dokonań znacznie zbliża moim zdaniem artystę do odbiorcy. Można się z nim utożsamić i gdzieś tam w duchu przybić piątkę. Ja jak najbardziej mam ochotę na obcowanie z muzyką tego młodego i wrażliwego „ekshibicjonisty”. Mam nadzieję, że album będzie godnie promowany przez wydawcę, a i koncertowo Patrick the Pan będzie się rozbijać po wszelakich OFF-ach, czy Open’erach. Znów trafiłem na wyjątkowo dobry album z naszego podwórka. Tym razem było mi go o wiele łatwiej wchłonąć i dać się mu porwać. I bardzo, bardzo dziękuję za utwór Lewiwa – to jeden z tych kawałków, do których będę wracać i smutać przy nim, gdy nadejdzie jesień. Złapałeś mnie Piotrek za serducho, cel osiągnięty.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here