Steel Banging

Warszawa i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Co mogą mieć wspólnego? W każdym z tych miejsc trawa gęściej nie rośnie, a słońce wschodzi rano. Jednak dano nam coś więcej, co nie podaje się podziałom na kontynenty. „Dwie strony świata” to dowód, że uliczny rap cały czas trzyma formę, a muzyka nie ma granic terytorialnych.

Na co dzień nie jestem ogromnym fanem ulicznego grania i nie mam wpisanej Wyższej Szkoły Robienia Hałasu w wykształceniu na Facebooku. Nigdy również nie miałem okresu fascynacji chodnikowym graniem. Potrafię jednak docenić, gdy ktoś stara pokazać mi swoje brzmienie w jak najlepszy, okazalszy i profesjonalny sposób, który z czasem może mnie przekonać. Dlatego bardzo spodobał mi się pomysł zebraniu kilkudziesięciu raperów na jednej producenckiej płycie i pokazanie mi, że się nie znam.

I o ile przez dłuższy czas mogę twierdzić z czystym sumieniem, że niepotrzebnie omijałem wszystkich reprezentantów tej muzyki, to po wyłączeniu i odstawieniu albumu na półkę coś mija. Teksty stają się powtarzalne, choć miejscami pomysłowe, a bit powtarza swoje ticki niczym znudzony magik na cygańskim weselu. I choć całość utrzymana jest w klimatach Los Angeles, to na „polskiej stronie” płyty dominuje gangsta rap, który jest nieco bardziej uciążliwy.

Wciąż jednak jest to mnóstwo materiału, który doceni każdy fan. Podzielenie na „zwrotka dla każdego” ma swoje plusy i minusy – z jednej strony pozwoliło to na dopracowanie przez każdego swoich linijek do perfekcji, przez co otrzymujemy tekst najwyższej próby, to jednak czasem nie pozwala nam całkowicie wczuć się dany kawałek. Zostajemy przerzucani jak piłeczka od jednego rapera do drugiego. Jesteśmy miotani zwrotka po zwrotce. Z czasem człowiek gubi się w tym, szczególnie, gdy słucha całej płyty od początku do końca.

„Dwie strony świata” zderzyły się i coś tam wybuchło, coś poiskrzyło, jednak wszystko będzie stało, jak było. Wszyscy wielbiciele kupią krążek i na zmianę będą przerzucać płyty w swoim samochodzie, a sceptycy dowiedzieli się ile dziwnych ksywek może pomieścić jedna płyta.

Niemniej jestem pełen podziwu dla Kriso i Gacy, bowiem pomysł mieli szalony i udało im się go zrealizować. Doskonale wiem, że mnóstwa rzeczy nie poruszyłem, wiele kwestii po prostu zamknąłem milczeniem, ale jest to album, który każdy musi sam usłyszeć, choć na chwilę, aby wydać własny werdykt. Dlatego kliknijcie powyżej na któryś znaczek play, a po trzydziestu sekundach będziecie mieli lepszy pogląd na sprawę, niż po przeczytaniu tysiąca słów. Ja daję 7, bo mimo wszystko przekonałem się bardziej. Jeśli jesteś wielkim fanem – dodaj sobie oczko. Warto.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here